akiś czas temu wprowadziłem Was w arkana brytyjskiego prawa, opisując co ciekawsze przykłady niezmiernie intrygujących jurysdykcji we wpisie Wszystkie jesiotry Jej Królewskiej Mości Jednakże by w pełni docenić wszechstronność kodeksów, dalekosiężne myślenie władzy ustawodawczej, nie wspominając o skrupulatnej dbałości o szczegóły; by pojąć majestat litery prawa, rzucającej cień na sprawy zarówno prozaiczne, jak i wagi najwyższej; w końcu by choć fragmentarycznie zrozumieć, czemu Brytyjczycy mają tak absurdalnie osobliwe poczucie humoru, musimy dalej podążyć meandrami legislacji. Tym razem na drodze prawa i praworządności napotkamy śmierć, Szkota, szkocką krowę, znaczek pocztowy, poborcę podatków oraz bombę atomową.

Czytaj więcej: Dziwne prawo, ale prawo – część 2: ostrożnie z tą bombą atomową! →

17 sierpnia 1955 roku niejaka Gloria Lockerman, 12-sto letnia kujonka z Baltimore na oczach milionów widzów teleturnieju The $64,000 Question bezwstydnie dała upust swej naturze wszystko wiedzącej prymuski, poprawnie literując słowo antidisestablishmentarianism. Po angielsku! Wiemy przecież doskonale, że przeliterowanie krótszych, nieco mniej skomplikowanych (acz wciąż wymagających) wyrazów, typu dog, cat, czy bus może nastręczyć nie lada trudności, co dopiero myśleć o takich aglutynacyjnych gigantach, jak antidisestablishmentarianism… Termin ów opisuje powstały w XIX w. brytyjski ruch polityczny, opierający się likwidacji kościoła anglikańskiego; i do dziś uważany jest za najdłuższe słowo nie będące terminem medycznym, chemicznym, technicznym, czy nazwą własną. Jeżeli natomiast zajrzymy do Oxford English Dictionary, odnajdziemy w nim kilka istotnie imponujących okazów, zdolnych przyprawić o dreszcze i jęki nieszczęśników cierpiących na...

Czytaj więcej: Najdłuższe słowa w języku angielskim →

Bywa, że kodeksy, statuty, legislacje, tudzież inne dekrety, zamiast straszyć czy nudzić posępną literą prawa, przybierają postać dziwacznych bohomazów, przestarzałych i niemalże bezsensownych jurysdykcji, kleksów na konstytucyjnych kartach. Dziś przedstawię kilka z mych ulubionych kuriozalnych okazów rodem z UK, które nieodmiennie kojarzę ze śmietanką brytyjskiego humoru, choć wątpię, by były zamierzonym żartem. Zaznaczam też, że poniższe treści są efektem wertowania Internetu, nie zaś faktycznych dokumentów prawnych, których jedynie fragmenty odnajdowałem to tu, to tam. Mam jednak nadzieję, że udało mi się odsiać ziarno od plew na tyle skutecznie, by serwowany wpis nie pozostawił historyczno-prawniczego niesmaku.

Czytaj więcej: Dziwne prawo, ale prawo – część 1: wszystkie jesiotry Jej Królewskiej Mości →

Antyczni Grecy ochrzcili dni tygodnia imionami znanych im ciał niebieskich – słońca, księżyca oraz pięciu planet (poza Ziemią), które z kolei nosiły boskie przydomki: Ares, Hermes, Zeus, Afrodyta i Kronos. Dni tygodnia nazywali Theon hemerai – dniami bogów. Antyczni Rzymianie mało oryginalnie, acz nad wyraz chytrze podkradli pomysł, zastępując grecki panteon swym własnym. Toteż w rzymskim tygodniu mieli swój dzień Mars, Merkury, Jowisz, Wenus i Saturn. Ludy germańskie, w tym plemiona anglo-saksońskie, dokonały kolejnej podmianki, oszczędzając jedynie Saturna, obok którego w kalendarzu zadomowili się Tiu (Twia), Woden (Odin), Thor i Freya (Fria). W okolicach pierwszego wieku naszej ery, Rzymianie rozpoczynali tydzień od soboty, jednakże z czasem kult słońca wezbrał na sile, w efekcie czego drugi dzień tygodnia - niedziela (Sunday)  - dopchał się do koryta, oficjalnie zajmując miejsce numero uno. Poniżej znajdziecie krótki opis historii angielskich nazw aktualnie panoszących się w kalendarzach, wraz z ich historycznymi odpowiednikami.

Czytaj więcej: Nazwy angielskich dni tygodnia - skąd się wzięły? →

 
OK” podbiło język angielski w połowie XIX w., lecz z początku swą zgrabną formą i wymownością urzekło jedynie amerykanów. Istnieje wiele teorii zgłębiających etymologię owego enigmatycznego zwrotu i choć są one ciekawe, niejednokrotnie intrygujące (przynajmniej dla lingwistów), czy zabawne (znowu: przynajmniej dla lingwistów), to mimo wszystko w świetle dowodów historycznych nie wychodzą poza krąg czystej spekulacji. Rzućmy okiem na kilka potencjalnych etymologicznych kandydatów:
 

Jak powszechnie wiadomo, w życiu liczy się lans i dobry wygląd, czego doskonałym przykładem są pingwiny. Przez setki milionów lat podążały drogą ewolucji prowadzącą prosto do metaforycznej szafy z czarno-białym smokingiem, doskonale leżącym na może i nieco pulchnym, lecz za to ergonomicznym i zapewne miłym w dotyku (dla pingwinów ma się rozumieć) ciele. Naukowcy mogą mydlić nam oczy, że to kamuflaż, że drapieżniki, że w pingwinim środowisku aż kipi od pingwinożernych fok, ale przecież mamy oczy i widzimy - pozwolę sobie na kolokwializm - co jest pięć. Ewidentnie chodzi o prezencję, zresztą nie bez powodu pingwiny cieszą się powodzeniem płci pięknej nawet i ludzkiego gatunku – niejednokrotnie byłem świadkiem kobiecego zachwytu nad przemyślanym przez tych czarno-białych cwaniaków stylem i prezencją. Tak więc fizjonomię pingwina można łatwo wytłumaczyć. Problematyczna natomiast jest nazwa.

Czytaj więcej: Pochodzenie słowa "penguin" →

Copyright © Angielski przez Skype. Wszystkie prawa zastrzeżone.