Krąży po globie opinia, że my – Polacy lubimy się porównywać i ogólnie porównujemy wszystko naokoło ile popadnie, przynajmniej w porównaniu do innych narodowości. Być może wynika to z naszego romantycznego usposobienia, bo jakże tu powstrzymać się przed porównaniem powabnych wdzięków ukochanej do zwiewności łani pośród listowia; muskułów oblubieńca do molibdenowych brył, dłutem mistrza rzeźbionych; ręczników wypranych w Cocolino do kaczuszki. Z drugiej zaś strony niekiedy porównywanie zrodzone jest z czystej zawiści i złośliwości – może i ma luba nie do końca przypomina rzeczoną łanię, ale przy lubej tego czy owego jegomościa wygląda co najmniej korzystnie. A ów jegomość przy molibdenie nawet nie stał, jednakże jego sąsiad zza ściany prezentuje się zdecydowanie bardziej gąbczasto. Zatem tak długo jak znajdziemy kogoś, kto ma gorzej, będziemy szczęśliwi. Pewnie, sprawdzony sposób, wszystko się zgadza, z tym że od czasu do czasu przyjdzie nam wyjechać za granicę, wylądujemy wśród obcokrajowców, na domiar złego w porównaniu do nas całkiem nieźle gadających po angielsku – i co wtedy? Na bank w czymś są gorsi, na sto dziesięć procent można by tu i ówdzie wtrynić szpilę, jednakże wypadałoby zrobić to gramatycznie, w końcu pewne granice przyzwoitości językowej trzeba zachować. Jak zwykle, język angielski rzuca nam kłody pod nogi i w tym przypadku, komplikując sprawy doborem właściwego przyimka. Przyjrzyjmy się bliżej tej kwestii.

Czytaj więcej: “Compared to” czy “compared with”? →

Dziś zajmiemy się wdzięcznym, przyjemnym i ogólnie lubianym tematem leżenia (no bo któż z nas śmiertelników nie lubi leżeć, zwłaszcza brzuchem do góry, najlepiej brzuchem pełnym łakoci, w sprzyjających okolicznościach przyrody i nie tylko, etc.). Jednakże by nie było zbyt różowo, równocześnie poświęcimy trochę uwagi zdecydowanie mniej wdzięcznemu (plugawemu wręcz!) zagadnieniu wszetecznego łgarstwa i kłamstwa. Choć podejrzewam, iż ów grzech, mimo że z pewnością skazuje na jeżeli nie najgłębsze kręgi piekła, to przynajmniej lekkie opiekanie – a więc ów grzech całkiem konkretny, niejednemu i niejednej też frajdę sprawia… Po takim miszmaszu wartości, nastrojów i ceregieli dodam, iż całość wpisu zostanie okraszona neutralnym i – mówiąc bez ogródek - nijakim elementem ot zwykłego, nudnego kładzenia przedmiotów tu i tam. Leżeć, kłamać i kłaść przedmioty w życiu po prostu trzeba, każdy rozsądny człowiek czynności te wykonuje każdego dnia swej mniej lub bardziej poczciwej egzystencji, zatem proponuję wytężyć umysł na najbliższych parę minut i wnikliwie przestudiować poniższych parę słów.

Czytaj więcej: Łgarstwo czy leniuchowanie, czyli czasowniki "lie" i "lay" →

Nie chciałbym już na samym wstępie zanadto się rozdrabniać, ale zmusza mnie do tego temat niniejszego wpisu, albowiem dziś pod lupę weźmiemy równie filigranowe, co przydatne zaimki wskazujące w języku angielskim. Zdaję sobie sprawę z faktu, iż niektóre osobniki (i osobniczki) na sam dźwięk słowa „zaimek” drżą w trwodze przed kolejnymi gramatycznymi galimatiasami, lecz wbrew pozorom nie takie straszne te zaimki, jak je lingwiści malują. Zanim jednak przejdziemy do sedna sprawy, mała przestroga: zaimków (podobnie jak alkoholu, odżywek białkowych i czekolady) nie należy nadużywać, co de facto tyczy się również naszego ojczystego języka. Za przykład takowego nadużycia niech posłuży poniższy dialog:

- Ten tego… Nie ma to tamto.

- O to to!

Sami przyznacie, że mało eleganckie te powyższe frazy, a i niespecjalnie wymowne. Cóż, jak się okazuje i w zaimkach należy zachować umiar.

Czytaj więcej: Co to, to to! Czyli zaimki wskazujące →

Fakt, iż o gustach się nie dyskutuje stanowi jeden z fundamentów (i to fundamentów natury iście fundamentalnej!) grzeczności, kultury oraz ogłady. Jednakże na łamach czytanego przez Ciebie bloga za nic sobie mamy savoir vivre i niczym sfora wilków wyjących do księżyca z upodobaniem łamiemy wszelkie zasady, by choć o krok przybliżyć się do lingwistycznego absolutu prawdy. Tak więc dziś podyskutujemy o rzeczonych gustach i bezczeszcząc wszelkie tabu rozłożymy konstrukcje z angielskim czasownikiem prefer na czynniki pierwsze. Swoją drogą, powyższe zdania wcale niespecjalnie chytrze kryją nawiązania do dwóch utworów pewnego wykonawcy spod ciemnej gwiazdy. Kto odgadnie tytuły, ten dostanie ustną pochwałę od nauczyciela.

Czytaj więcej: Czasownik prefer - kwestia gustu →

Nie chcę niczego sugerować, a przynajmniej nie na głos i nie nazbyt ostentacyjnie, ale odnoszę wrażenie, jakoby sugestie w języku angielskim przysparzały problemów wielu Bogu ducha winnym uczniom, którzy - zapewne w dobrej wierze – niejednokrotnie popełniają błędy, zmagając się ze śliskim niczym piskorz czasownikiem „suggest”. Cały szkopuł z rzeczonymi anglojęzycznymi sugestiami w tym, że czasownik „suggest”, pozornie niewinny, potulny, robiący maślane oczy do potencjalnego użytkownika, w istocie wykazuje się nie lada chytrością oraz dwulicowością – i to w tym najgorszym sensie, albowiem paskudnik używany jest w zdaniu inaczej niż jakikolwiek inny angielski czasownik. Sugeruję zatem, abyśmy wzięli drania na ruszt, ze wszystkich stron obrócili i przypatrzyli się wnikliwie możliwym konstrukcjom z niesfornym „suggest”.

Czytaj więcej: Jak używać czasownika "suggest"? →

Październik czai się tuż za rogiem, liście tylko czekają, aby spaść z drzew, dżdżysta aura straszy dżdżem za oknem, a zatem nadszedł najwyższy czas, by przyjrzeć się konstrukcji „it’s (high) time…” w języku angielskim. Wnikliwy czytelnik zapewne zastanawia się teraz, czy sens logiczny powyższego zdania został tak zawoalowany, że umknął uwadze, czy też może zdanie owo pozbawione jest jako takiego sensu w sensie ogólnym. By już nie wypisywać bzdur i przejść do rzeczy poinformuję tylko, iż nie uchylę rąbka tajemnicy osnuwającej dzisiejszy wstęp, niech przyszłe pokolenia lingwistów dywagują, spekulują, polemiki uskuteczniają. My natomiast zakasujemy rękawy i bez dalszej zwłoki zabieramy się za naukę, ponieważ jak już zaznaczyłem wyżej – najwyższy na to czas!

Czytaj więcej: Znaczenie i zastosowanie wyrażenia „It’s (high) time…” →

Wyrażenia “have gone to” oraz “have been to” są równie powszechnie używane, co mylone – zapewne za sprawą ich relatywnej bliskoznaczności i podobieństwa formy. Ewidentnie ktoś na wskroś złośliwy, w szkarłatnej pelerynie, zacierając ręce, podkręcając i tak już złowieszczo zadarty wąs chytrze wykoncypował, że można by konfundować uczniów języka angielskiego, używając następujących zwrotów w czasie present perfect:

  • Have/has gone to the bank/shop/kitchen/swimming pool/etc.
  • Have/has been to the bank/shop/kitchen/swimming pool/etc.

Zamieszanie wynika z faktu, że powyższe wyrażenia – mimo pozornego podobieństwa - mają nieco odmienne znaczenia i konteksty użycia, którym poświęcimy trochę uwagi w ramach odwiecznej walki z lingwistycznymi siłami nieczystymi, by ład i porządek zapanowały w naszej anglojęzycznej mowie.

Czytaj więcej: Różnica między “have gone to” i “have been to” →

Jak powszechnie wiadomo, język angielski należy do grupy języków – mówiąc eufemistycznie – mało elastycznych pod względem szyku wyrazów. Po angielsku taką restrykcyjną, mało wyluzowaną, wapniacką wręcz składnię określamy mianem „fixed word order”. Z reguły przez szyk wyrazów rozumiemy położenie podmiotu, orzeczenie i dopełnienia w zdaniu, lecz okazuje się, że i przymiotnikiw języku angielskim należy ustawiać w ściśle określonej kolejności. Warto zatem przeanalizować prawidła ich stosowania, jako że przymiotnik to doprawdy poręczna i przydatna część mowy – opisze wszystko od wagi i gabarytów, przez wiek, kształt, kolor, po bardziej abstrakcyjne własności, jak zastosowanie, pochodzenie czy względna atrakcyjność tudzież powabność. By nasze opisy były jak najbardziej precyzyjne, niekiedy trzeba połączyć kilka przymiotników. I tu pojawia się problem – otóż, są przymiotniki równe i równiejsze, a każdy z nich ma swoje konkretne miejsce w hierarchii, której już za chwil kilka wnikliwie się przyjrzymy.

Czytaj więcej: Kolejność przymiotników w języku angielskim →