Dziś zajmiemy się górnolotnym, efemerycznym, być może nieco przerażającym tematem poezji. Zdaję sobie sprawę, że powyższe zdanie niechybnie odstraszyło kilku czytelników bardziej gustujących w prozie niż w liryce, lecz nic to, skoro Ty wciąż nieustraszenie wodzisz oczyma po słowach tego wpisu, za nic sobie mając grozę strof, rymów, jambów i trochejów, czy aliteracji. Cóż, do odważnych świat należy. Dzieło, któremu się przyjrzymy nosi dość mówiący tytuł „Alphabet of Errors” i jest – surprise, surprise! – swoistym poetyckim alfabetem błędów. Utwór został napisany w roku 1921 przez uczennice Bostońskiego liceum, a następnie wysłany do redaktorów periodyku „The English Journal” przez opiekunkę klasy, niejaką Elizabeth M. Richardson. Każda zwrotka rzekomo została spłodzona przez inne dziewczę i traktuje o błędzie językowym związanym ze słowem rozpoczynającym się na daną literę alfabetu. Zatem tajemnicę tytułu wiersza uznaję za rozwikłaną. Poniżej zamieszczam calutki calusieńki pokaźnych rozmiarów wiersz, byście dogłębnie zapoznali się z problematycznymi kwestiami językowymi w poetyckiej formie, sycąc umysł i duszę… Aczkolwiek katharsis nie obiecuję.

Czytaj więcej: Alphabet of Errors →

Dzisiejszy wpis może być zabarwiony nieco pesymistycznie, lecz porusza kwestię na tyle istotną, że należy przymknąć oko na barwy ciemniejszej strony mocy i dzielnie czytać, nie roniąc rzewnych łez. Skąd ów pesymizm? Ano, rzekomo szczęśliwi czasu nie liczą, a już na pewno nie na głos, toteż temat wymawiania lat kalendarzowych w języku angielskim (a zatem, poniekąd, ich jawnego liczenia!) potencjalnie robi z nas jednostki nieszczęśliwe. Przyznacie jednak, że jakkolwiek dramatycznie by to nie wyglądało, bywają w życiu sytuacje, kiedy kontekst stawia nas pod murem i chcąc nie chcąc po prostu trzeba na głos czas policzyć. Nieszczęśnicy anglojęzyczni, by dodać tragizmu, utrudniają sobie i innym owo liczenie, wymawiając kalendarzowe lata na wiele pokrętnych sposobów. Na całe szczęście w tym rozpaczliwym szaleństwie jest metoda, a mówiąc ściślej - kilka reguł, którym przyjrzymy się bliżej.

Czytaj więcej: Wymowa lat kalendarzowych →

Biznes pocztówkowy, niegdyś prężnie rozwijający się i lukratywny niczym buda z watą cukrową za czasów PRL-u, dziś podupadł nieco za sprawą wszędobylskich e-kartek, aparatów z wi-fi automatycznie wrzucających pstryknięte focie na całe gro portali społecznościowych, czy też cykniętych smartfonem tzw. (eufemistycznie) samosiek na tle atrakcji turystycznych. Jednakże o ileż przyjemniej dostać namacalną, z masy celulozowej zrodzoną, koślawym pismem nabazgraną i okazjonalnym kleksem upstrzoną, znaczkiem okraszoną, pieczęcią pocztową ostemplowaną, do rąk własnych dostarczoną pocztówkę prawdziwą, a nie jakieś tam zera i jedynki! Dlatego też jeżeli planujecie wakacyjne podróże, warto pomyśleć o sentymentalnej wycieczce w przeszłość, do czasów kałamarzy i bibularzy, racząc bliskich kilkoma słowami z wakacji w formie, że tak powiem, analogowej. Co jednak uczynić, gdy owa misternie preparowana archaiczna pocztówka winna być w języku angielskim, a nigdzie na jej skromnej powierzchni nie widnieje guzik Google Translatora? Aby tym podobne rozterki nie popsuły nikomu wakacyjnych dni, poniżej opisuję kilka popularnych i uniwersalnych fraz, które mogą się Wam przydać podczas pisania pocztówek.

Czytaj więcej: Pisanie pocztówek po angielsku →

Dżdżysta aura tego lata sprzyja przeziębieniom, czego dowodem są siąkające nosy, gromkie kichnięcia i pokasływanie wszędzie wokół, a już najbardziej w środkach komunikacji miejskiej. A że pleniące się niczym stonka na polu niepryskanych ziemniaków plebejskie zwyczaje (za przeproszeniem uszu) skutkują faktem, iż coraz mniej osób kulturalnie zatyka paszczęki kasłając i prychając – cóż, zarazki plenią się równie szybko, co te stonki. Jednakże zamiast załamywać ręce, wykorzystajmy ów stan rzeczy. Tak więc dziś zajmiemy się wymową nosowego [ŋ], co okaże się dużo prostsze, jeżeli będziemy chociaż trochę mówić przez nos. Zatem jeżeli jeszcze nie wpadliście w szponiaste łapska wirusów i nie macie kataru, proponuję posiedzieć z mokrymi włosami w przeciągu, przejechać się autobusem w towarzystwie pasażerów co rusz wycierających nos wierzchem dłoni lub (uwaga! działa tylko dla alergików!) pomeandrować polnymi ścieżynami i leśnymi duktami. Wszyscy już mówią przez nos? Czas więc uzbroić się w chusteczki i zaczynamy!

Czytaj więcej: Wymowa -ng oraz -ing, czyli nosowe "n" w języku angielskim →

Jakkolwiek człowiek by się nie starał, jak by nie kombinował i nie knuł - za nic w świecie nie zdoła uchronić się przed wszędobylskim językiem angielskim. W „Grze o Tron” prawie wszyscy władają nienaganną angielszczyzną (choć anglika w życiu nie widzieli!), podobnie mają się spawy z załogą statku kosmicznego Battlestar Galactica oraz z senatem rzymskim za czasów panowania Juliusza Cezara. Wiem, bo widziałem w telewizji. Ale to jeszcze nic! Albowiem okazuje się, że mamuty i wiewióry (czy inne gryzoniowate wywłoki) z epoki lodowcowej, krasnoludy i czarodzieje z czasów pamiętnej wojny z Mordorem, smoki, żółwie ninja i roboty z kosmosu zmieniające się w środki transportu też mówią po angielsku! Aż dziw bierze, że mój obecnie buszujący po niebiańskich łąkach jamnik (bo przecież wszystkie psy idą do nieba) nie opanował przynajmniej, bo ja wiem, słownictwa na poziomie A1. Może nużyły go seriale i gry video, a z Internetu raczej nie korzystał. Ale niektóre psy na bank oglądają „Grę o tron”, w myśl porzekadła: jaki pies, taki właściciel. W efekcie owego osaczenia językiem angielskim, często wydaje nam się (naszym czworonogom zapewne też), że bez problemu nawiązalibyśmy elokwentny dialog z Tyrionem Lannisterem, sypiąc idiomami jak z rękawa. Tu jednak zalecałbym ostrożność, gdyż zwyczaje nabyte przez lata używania języka polskiego mogą dać o sobie znać, wiodąc nas na lingwistyczne manowce. Poniżej przedstawiam me ulubione wpadki językowe, dosłowne kalki i błędne tłumaczenia, które może i Wam przysporzę odrobiny radości:

Czytaj więcej: Zabawne wpadki językowe →

Język to nie tylko finezyjna frazeologia, starannie dobrane metrum, intonacja, poprawność gramatyczna tudzież bujne jak rajski ogród słownictwo. Język to także cielesny akt mowy, w którym jedną z kluczowych ról odgrywa… język, jakże by inaczej. A z językiem – tym materialnym, mięsistym i jak najbardziej cielesnym – można wyczyniać różne doprawdy ciekawe rzeczy, wcale niekoniecznie związane z czynnościami prowadzącymi (niejednokrotnie krętymi ścieżkami) do prokreacji. Na przykład można komuś język po prostu pokazać, w akcie jawnego protestu lub złośliwości. Można też dotknąć językiem nosa lub zwinąć go ku dołowi w rurkę, co bezsprzecznie uchodzi za niezły imprezowy trik. Można w końcu język łamać, oczywiście tylko metaforycznie, ćwicząc ustną gimnastykę na łamańcach językowych

Czytaj więcej: Tongue Twisters - angielskie łamańce językowe →

Poniżej znajdziecie listę słowników, które uważam za najbardziej przydatne i pomocne w nauce. Oczywiście zachęcam do sięgania w pierwszej kolejności po słowniki angielsko-angielskie, dzięki którym możemy prawdziwie zrozumieć słowo czy frazę, poznać prawidłowe konteksty użycia, swoisty smak i nacechowanie. Jednakże niekiedy tłumaczenie bywa dużo bardziej praktyczne – dajmy na to gatunki ryb czy drzew, jakkolwiek trafnie zdefiniowane i malowniczo zilustrowane przykładami, są zdecydowanie łatwiej przyswajalne po przetłumaczeniu. Pamiętajmy też, że doskonałość to koncept nieosiągalny, w efekcie czego każdy z poniższych słowników od czasu do czasu zawiedzie Was brakiem definicji, mało klarownym przykładem, czy też zbyt zawiłym kontekstem. Dlatego warto zaprzyjaźnić się z kilkoma platformami podług porzekadła:
There's never too much of a good thing. 

Czytaj więcej: Dobre słowniki online →