Temat lekcji: Różnica między "each other" a "one another"
Wykonawca: The White Stripes
Utwór: Well It's True That We Love One Another

Z gramatyką bywa jak z miłością – można przerobić całe stosy podręczników (wliczając nawet te dla opornych); można snuć domysły, robić notatki i pisać pamiętniki (w stylu: pierwsza przygoda z przyimkiem, niechciany przecinek, inwersja o krok za daleko, etc.); można w końcu utonąć w rozterkach, nie jeść przez tydzień, wzdychać i wpatrywać się w wyimaginowany horyzont, a i tak nic się nie zdziała. Albowiem miłość i gramatyka potrafią być prawdziwie niezrozumiałe, kapryśne, równie efemeryczne, co nieuniknione. No, może miłości da się uniknąć, ale gramatyka… Ech, szkoda gadać. By jednak nie trapić się i łez nie ronić, nacieszmy uszy wesołą balladką o zagmatwanych miłosnych perypetiach Jacka White’a i Holly (z kilkoma wtrąceniami Meg), którzy ewidentnie kochają się nawzajem, o czym świadczą liczne złośliwości i prztyczki:

Czytaj więcej: Lekcja muzyczna: Each other / one another →

Jakiś czas temu dowiedzieliśmy się, że w języku angielskim nie kto inny jak Bob jest twoim wujem, od francuskich słów uszy więdną, a z kosmatymi piętami najpewniej nie zdobędziemy zaufania. Dziś przedstawię kolejne trzy idiomy, które zasługują na uwagę chociażby ze względu na swój osobliwy urok. Przed nami szewcy i psie buty, rozmowy bez spodni (wiem, brzmi kusząco;-P) oraz dziurawe dobra konsumpcyjne.

Czytaj więcej: Zabawne angielskie idiomy – część 2 →

Dziś* celebrujemy niesławny piątek trzynastego, który swą infamią podbił spory kawałek globu i bezapelacyjnie stanowi powód wszelkich niesnasek tudzież niepowodzeń trapiących rodzaj ludzki. Skąd wzięło się ów kalendarzowe przekleństwo? Jedna z najpowszechniej cytowanych teorii nawiązuje do wybryków czternastowiecznego króla Francji Filipa Pięknego, który podstępnie, kłamliwie i ani trochę pięknie oskarżył członków zakonu Templariuszy o herezję i aresztował ich, celem późniejszego spalenia na stosie. Akt oskarżenia datowany jest na piątek 13 października 1307 roku. Rzekomo na cały proceder zezwolił papież Klemens V, chcący pozbyć się wpływowego i wściubiającego wszędzie swój nos zakonu. Jak głoszą źródła historyczne, ostatni Wielki Mistrz Zakonu Jacques de Molay, tuż przed śmiercią przeklął króla, jego kanclerza i papieża. Wszyscy zmarli w przeciągu roku.

Czytaj więcej: Skąd wzięła się pechowa natura piątku 13-tego? →

Dziś przyjrzymy się bliżej nazwom brytyjskich metropolii, mieścin i wiosek. Wędrując palcem po mapie Wielkiej Brytanii, można natknąć się na iście zaskakujące miejsca, jak chociażby Nasty, Ugley, Crackpot, Pratt's Bottom, The Bog, Apes Dale, Brown Willy czy Cockup Bottom (niedowiarków zachęcam do sprawdzenia Google Maps). Zapewne za powyższymi nazwami kryją się nie lada opowiastki, furgony beczek śmiechu, sprośne i przaśne perypetie, których jednakowoż musicie poszukać sami, albowiem niniejszy wpis traktuje o bardziej uniwersalnym i powszechnie spotykanym nazewnictwie. Powód jest prosty: gdybym chciał szczerze i obiektywnie opisać historię Pratt's Bottom, nie ukrywając istotnych szczegółów wdać się w pochodzenie Brown Willy, albo choć pobieżnie nakreślić etymologię Cockup Bottom – cóż, musiałbym zmienić kategorię bloga na coś dużo mniej cenzuralnego, zawierającego sceny dantejskie z minimum siódmego kręgu piekła, podlane filuternym słownictwem (eufemistycznie rzecz ujmując) i ozdobione obrazkami, na myśl o których rumienią mi się jagody. Tak więc lepiej zostańmy przy nazwach przyzwoitych.

Czytaj więcej: Pochodzenie nazw angielskich miast →

Po czym poznamy prawdziwych przyjaciół? Cóż, zapewne istnieje wiele wyznaczników. Irlandzki poeta, prozaik i dramatopisarz Oscar Wilde proponuje następującą definicję:

A true friend stabs you in the front.
(Prawdziwy przyjaciel dźgnie cię od przodu.)

Drogą dedukcji i analogii łatwo można wywnioskować, iż przyjaciele fałszywi nic tylko czają się ze sztyletami na nasze plecy. Iście przerażająca wizja. Wymiar grozy rośnie jeszcze bardziej, gdy uświadomimy sobie, że w języku angielskim owi fałszywi przyjaciele chytrze czyhają za co drugim metaforycznym rogiem słownikowych kart, zastawiając językowe pułapki i prowokując do popełnienia błędu. Przyjrzyjmy się bliżej tym faryzejskim szubrawcom.

Czytaj więcej: False friends, czyli dwulicowe słowa →

Temat lekcji: Co oznacza “Jack of all trades, master of none“?
Wykonawca: Hugh Laurie
Utwór: Wild Honey

W tym skocznym, lekko swingującym wykonaniu Wild Honey, wśród prawdziwie dzikiej słodyczy melodii, miodnych akordów i atmosfery rodem z nowojorskich barów, w których drinki z wisienką nieodmiennie towarzyszą odgrywanym na fortepianie nutom; wśród igraszek słownych, humorystycznych akcentów oraz zabawy z jazzowymi konwencjami, odnajdziemy sędziwe angielskie porzekadło, które ewidentnie po dziś dzień panoszy się w potocznej mowie. Zwróćcie uwagę na kocówkę pierwszej zwrotki, a na pewno nie umknie ono waszym uszom.

Czytaj więcej: Lekcja muzyczna: Jack of all trades and master of none →

Temat lekcji: The grass is always greener on the other side of the fence
Wykonawca: David Gilmour
Utwór: High Hopes

Mam dla was dwie wiadomości. Domyślacie się zapewne, jakimi przymiotnikami mógłbym je opisać. Co jednakowoż sobie daruję, by nie uprzedzać faktów, nie odstraszać potencjalnych czytelników, nie powielać klasycznych scenariuszy. Do rzeczy zatem! Po pierwsze, dziś zajmiemy się jednym z najpopularniejszych angielskich porzekadeł, które znać po prostu wypada, bez grymaszenia i kręcenia nosem. Naukę umili nam mistrzowskie wykonanie High Hopes, w którym chwytająca poetycka nostalgia, wirtuozeria i piękno kompozycji prześcigają się nawzajem, co takt pokonując kolejne muzyczne wyżyny.

Czytaj więcej: Lekcja muzyczna: Przysłowie o trawie i płocie →

Cóż może być przyjemniejszego niż spacer z audiobbokiem, gdy otaczająca nas przyroda koi zmysły, a słowa płynące do złaknionych narracji uszu karmią duszę? No cóż? Może ewentualnie spacer z atrakcyjną kobietą w zwiewnej sukience. Albo – co kto woli - z przystojnym mężczyzną, który nie dość, że potrafi gotować, to jeszcze ma prawo jazdy i nieźle tańczy. Albo zamiast spaceru można by od razu przejść do przyjemności natury nieco mniej cenzuralnej. Ale poza sprawami damsko-męskimi ciężko wyobrazić sobie większe rozkosze, niż rzeczone audiobooki. No dobra, fajnie też pozbierać grzyby czy jagody, piknik urządzić, w jeziorze się wykąpać, na rowerze pojeździć… Jednakże spacer z książką w uszach na pewno plasuje się w pierwszej, bo ja wiem, setce najprzyjemniejszych rozrywek. Gdy dodam, że ową książkę można mieć za darmo (co w Polsce aż tak nie powinno dziwić) i na dodatek legalnie (ha!), przyjemność słuchania powinna wskoczyć do pierwszej dwu… trzydziestki.

Czytaj więcej: Darmowa biblioteka audiobooków →